Zagadka Florenckich znaków drogowych rozwikłana!

Teorie spiskowe dotyczące istnienia naszego świata są różne. Jak to mówił czasami sam David Duchovny w Archiwum X: „The truth is out there”, więc coś na rzeczy być musi. Są różne poglądy na śmierć Elvisa Presley’a czy też Księżnej Diany, a o UFO w Roswell nawet nie będę wspominać, bo to historia długa i zagmatwana. Śmierć Hitlera, istnienie Templariuszy, początki choroby AIDS… Można by wymieniać i wymieniać, ale jednym z bardziej zastanawiających faktów, który mnie w życiu spotkał to specyficzne znaki drogowe, które plączą się po Florencji i co jakiś czas wystają zza rogu. Dziwne, niby niepasujące do otoczenia, ale postawione na każdym rogu. Ani straż miejska, ani policja ich nie wyrzuca. Czasami mają w sobie drugie dno, nad którym warto się zastanowić. Niekiedy są po prostu śmieszne i zabawne, przez co poprawiają humor i dalej można swobodnie spacerować. Samo szukanie tych nietypowych znaków drogowych jest interesujące i po jakimś czasie zaczynamy się sami za nimi rozglądać, a nawet wręcz wyczekiwać. Zatem: o co chodzi?


W Polsce znaki drogowe są normalne. Tak po prostu. Znaczenie symbolu każdy kierowca winien znać, to samo tyczy się rowerzystów. Kilka kolorów, czasami jakieś kreski, które tworzą skrzyżowanie, a kółko to rondo. I wszystko jest jasne, a jak ktoś szaleje to już jest inna kwestia. Pierwszy raz widziałam nietypowe, bo z dodatkowymi „atrakcjami” znaki drogowe, w Rzymie. Na początku myślałam, że ktoś sobie zażartował. I to w całkiem niezły sposób, a służby porządkowe się zagapiły i taki znak pozostał na jednym ze skrzyżowań. I byłam długo przekonana o swojej racji, ponieważ w Rzymie widziałam tylko kilka takich tabliczek. Uznałam, że jest to jakiś „performance”, że jakiś artysta próbuje mi coś przekazać, a przy tym mnie rozbawić. Doszłam do wniosku, że zrobił to bardzo dobrze.

Sytuacja zmieniła się, gdy wybraliśmy się w króciutką podróż do Bolonii i Florencji. O ile to pierwsze miasto było bardzo sympatyczne z punktu widzenia nas, jako spacerowiczów o tyle drugie nas zachwyciło i rozłożyło na łopatki (o naszym uwielbieniu do stolicy Toskanii innym razem się rozpiszę). Romantyczne, ale nie kiczowate. Klimatyczne i kwitnące autentyczną, toskańską atmosferą. Otoczone przez wzgórza, na których pną się winorośla. Brzmi jak Raj? Jeśli tak to słusznie, ale… Wracając do znaków drogowych to było ich tam mnóstwo – jak w każdym mieście, pomyślisz. Ale nie w każdym mieście zakaz wjazdu to nie tylko biały prostokąt na czerwonym tle. Tutaj to imitacja rozlanego kieliszka wina, który przewrócił się na stole. Poza tym znak zakazu wjazdu jest bardzo tutaj popularny. Nie wszędzie można się poruszać autem po zabytkowych uliczkach Florencji, a pomaga w tym np. wisielec, który nadal myśli (o swojej?) kobiecie. Jedna z postaci z przyjemnością dla mnie pisze moją ulubioną literę – N. Choć, oczywiście każdy może interpretować ten konkretny znak tak, jak uważa i dla innych może być to zwykły bohomaz. Czasami biały prostokąt to skrzynia, która skrywa wiele tajemnic i wystarczy przekręcić odrobinę klucz, aby dowiedzieć się, co jest w środku. „Wolny” to jedno ze słów, które możemy znaleźć. Gra nieco na cienkiej linie okraszona jest drugim dnem. Przecież mamy zakaz wjazdu, nie wolno nam się poruszać w dalszej części miasta, a jednak „liberi” gdzieś podświadomie w głowie zostaje i pojawia się myśl: może by tak pojechać dalej?

Nakaz jazdy w lewo również jest niebanalny. Od momentu, gdy zobaczyłam serce przebite strzałą nakazu jazdy od razu zrobiło mi się przyjemniej. Do dzisiaj, gry prowadzę tzw. „cztery kółka” widząc ten znak skręcam z zadowoleniem, ponieważ ciągle pamiętam ten z florenckich uliczek. Również nakaz jazdy w prawo jest całkiem sympatyczny – przecież nie jest oczywistym, że może stać się zdechłą rybą. A w zasadzie jej szczątkami, szkieletem. Natomiast możliwość skrętu w prawo albo jazdy prosto? Przecież ten znak jest wręcz wystrzałowy! Cieszyłabym się na niego bardzo! Przejście dla pieszych to Pan, który niesie w dłoniach butelki wina? Za nim kroczy bezradnie małe dziecko, a na całą zaistniałą sytuację patrzy Wielki Brat. Powiesz dziwne? Zastanawiające?

Jeśli chodzi o promocję miasta to jest to rewelacyjny pomysł! Lecz nie zawsze tak było. Za ozdoby, które widnieją na znakach drogowych odpowiedzialny jest Clet Abraham, którego profil na facebook’u możecie znaleźć TUTAJ. Francuski artysta mieszkający od 20 lat we Włoszech miał pomysł. Początkowo była to forma ekspresji jego kreatywnego podejścia do świata. I na samym starcie był traktowany, jako wandal. Ścigany przez policję w ukryciu umieszczał naklejki na znakach. Przez to też nie wszystkie są trwałe, ale ciągle pojawiają się nowe. Aktualnie same władze stolicy Toskanii rekomendują pojawiającą się formę sztuki na ulicach miasta. Obecnie Clet nie jest osobą, która niszczy i psuje. Można powiedzieć, że wprowadza nieco animuszu do panującej atmosfery historii na przedziale wieków w tym zabytkowym miejscu, a także daje wsparcie i niekiedy – głosi w swój wyrafinowany sposób własne poglądy.

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ile jest ludzi na świecie tyle będzie zdań na ten temat. W końcu jest to forma sztuki, a to ona właśnie ma być naszym bodźcem, który będzie nas prowokować do zadawania pytań, dociekania w danym temacie czy też ma nas nie obchodzić. Nawet, jeśli nas nie obchodzi to nie możemy wokół takiego sposobu ekspresji artystycznej duszy przejść obojętnie, bo mimo wszystko jest to tak proste, a jednocześnie wyrafinowane, że gdzieś w nas zostaje. Ja jestem na TAK!

Inną ciekawą propozycję ma miasto George Town na wyspie Pinang w Malezji i także angażuje człowieka do poszukiwań, ale o tym już innym razem.